fbpx
Skarby Dolnego Śląska

Skarby Dolnego Śląska

Legendy i tajemnice

Travello » Gdzie pojechać? » Skarby Dolnego Śląska

Historie o skarbach poutykanych przez nazistów w rozmaite sztolnie i jaskinie na Dolnym Śląsku, w obawie przed zbliżającą się Armią Czerwoną, po dziś dzień rozpalają wyobraźnię tysięcy poszukiwaczy i setek tysięcy miłośników historii. A wystarczy chwila spędzona z tym tematem, by zorientować się, że one gdzieś tam ciągle muszą być!

Słynna lista Grundmanna

Günther Grundmann był niemieckim historykiem sztuki i konserwatorem zabytków, który w czasie wojny, szczególnie w jej drugiej połowie, prowadził działania mające na celu ochronę najcenniejszych zabytków przed zniszczeniem.

Choć jego głównym zadaniem było zabezpieczenie dzieł ulokowanych w kościołach, muzeach czy klasztorach, dobrze orientował się także w zbiorach prywatnych kolekcjonerów sztuki. Wysyłał do nich prośby o podanie listy szczególnie cennych przedmiotów, które chcieliby uchronić przed zniszczeniem. Na 250 wysłanych próśb otrzymał 161 odpowiedzi, na podstawie których sporządzono spis  zawierający 552 obrazy, 90 rzeźb, 373 meble, grafiki i kilka tysięcy przedmiotów rzemieślniczych.

Wieża Rycerska w Siedlęcinie
Wieża Rycerska w Siedlęcinie – jedna z lokalizacji skrytek Grundmanna, fot. Jerzy Strzelecki, CC BY 3.0

Od 1942 roku  Grundmann, na polecenie hitlerowskich władz, prowadził działania mające na celu ochronę najcenniejszych zabytków, szczególnie przed nalotami aliantów, które wkrótce zaczęły się nasilać. Efektem jego prac była zaszyfrowana lista ok. 80 lokalizacji na terenie Dolnego Śląska – kościołów, pałaców, piwnic, wyrobisk, sztolni – w których poukrywane miały być dzieła sztuki.

Tzw. „Lista Grundmanna” znaleziona została po wojnie w gruzach Urzędu Konserwatorskiego. Rozszyfrował ją – również historyk sztuki – Jóżef Gębczak, a wszystkie miejsca z listy odwiedziła komisja Ministerstwa Kultury i Sztuki pod przewodnictwem Witolda Kieszkowskiego.

Część skrytek była niekompletna. Niektóre całkowicie puste. Jednak spora część zabytków została odzyskana. Skrytki zlokalizowane były m.in. w pałacu w Biedrzychowicach w powiecie lubańskim, w Bobolicach k. Ząbkowic Śląskich, w Borowej (gmina Długołęka), a także w Bożkowie, w Cieplicach-Zdroju i kilku innych miejscach.

To nie koniec historii. Według przypuszczeń osób zajmujących się tematem, Grundmann po 21 czerwca 1944 r. najprawdopodobniej sporządził jeszcze jedną, podobną listę, która jednak nie przetrwała oblężenia Festung Breslau. Mogłoby to oznaczać jeszcze setki – o ile nie tysiące – poukrywanych dzieł sztuki.

Tajemniczy Herbert Klose i złoto Breslau

Jeśli wierzyć w zeznania Herberta Klose, nie był on nikim więcej, jak weterynarzem zatrudnionym w Prezydium Policji w Breslau. Problem w tym, że zarówno jego zeznania, jak i jego życiorys, budzą sporo wątpliwości i rodzą więcej pytań, niż odpowiedzi.

Klose w istocie miał być zatrudniony w Prezydium Policji w Breslau (choć upierał się, że nie był policjantem, a żołnierzem Wermachtu). Według jego wersji, jeszcze przed tym, jak miasto przeistoczyło się w twierdzę, zaangażowany został do pomocy przy wywożeniu tajemniczych skrzyń. Cały proces nadzorował oficer SS Egon Ollenhauer (zapamiętajmy sobie to nazwisko – jeszcze się przyda).

Klose przyznawał, że wiedział, iż w skrzyniach znajdowało się złoto (konkretnie 7 ton złota zebranego od obywateli Breslau, aby sfinansować dozbrojenie wojska). Jednak w wielu miejscach jego pamięć płata mu figle. Nadzwyczaj często zdarza mu się też w kluczowym momencie spaść z konia i stracić przytomność lub złamać rękę, w efekcie czego przegapia to, co najważniejsze – miejsce ukrycia skarbu.

Teraz najlepsze: Herbert Klose, w przeciwieństwie do bardzo wielu Niemców, nie opuścił po wojnie Dolnego Śląska. Osiadł w małej wsi niedaleko Złotoryi, gdzie pracował jako weterynarz pod fałszywą tożsamością. Według PRL-owskiego kontrwywiadu miał on być członkiem grupy dywersyjnej Werwolf.

W latach 50-tych został poddany przesłuchaniu przez bezpiekę. Pomimo dość oczywistych konfabulacji i niejasności jego zeznań, z zupełnie niewytłumaczalnych powodów, zostaje pozostawiony w spokoju. W latach 70-tych jego osobą zainteresowali się dwaj dziennikarze TVP: Dionizy Sidorski i Adam Wielowieyski. Nigdy niewyemitowany (DLACZEGO?) materiał dostępny jest dziś na YouTube pod nazwą „Kim jesteś Kapitanie?”.

Choć w swoich zeznaniach Klose wymienił kilka miejsc, w których ukryta miało być złoto, nigdy nie doszło do spektakularnych odkryć. Warto wymienić choćby takie miejsca jak Cieplice (ponownie!), Ostrzyca Proboszowicka (wulkan na Pogórzu Kaczawskim), zamek Grodziec, Ślęża, Twierdza Kłodzko, Śnieżka oraz góra Wielisławka.

Cieplice-Zdrój
Pałac Schaffgotschów w Cieplicach – czyżby jedno z miejsc ukrycia złota Wrocławia? Fot. AdrrDga, CC BY-SA 3.0 pl

W pewnym momencie Klose miał cofnąć wszystkie swoje zeznania i powiedzieć, że to kłamstwa, do których rozpowiadania zmusił go jeden z funkcjonariuszy bezpieki. Być może złoto zostało potajemnie sprzątnięte ze skrytek przez jakieś sprytnego aparatczyka? Nie dowiemy się tego nigdy, ponieważ Klose ostatecznie wyjechał do Niemiec i tam zmarł.

Sama postać Herberta Klose wydaje się być zagadkowa. Wielu upatruje w nim strażnika tajemnicy, który w odpowiedniej chwili miałby przekazać informacje odpowiednim osobom (do dziś na terenie Dolnego Śląska widuje się 90-letnich Niemców, którzy jeżdżą na skuterach do lasu na grzyby). Niektórzy twierdzą także, że choć Klose z natury był bardzo skryty, to osobą, która zdawała się trzymać nad nim pieczę i pilnować tego, co wygadywał, była… jego żona.

Nie dowiemy się nigdy.

Złoty pociąg

W 2015 roku dwaj poszukiwacze – Piotr Koper i Andreas Richter – ogłosili, że znają lokalizację tzw. „Złotego pociągu”, a więc tajemniczego, legendarnego transportu, który miał opuścić Breslau, a potem w tajemniczy sposób zniknąć.

Wałbrzych-Szczawienko
Linia kolejowa w dzielnicy Szczawienko, w pobliżu której prowadzono poszukiwania, Fot. Paweł ‚pbm’ Szubert (talk), CC BY-SA 3.0

Złoty pociąg miał się mieścić w zasypanym tunelu na obrzeżach Wałbrzycha. Rok po ogłoszeniu sensacji temat upadł na skutek niefortunnej konferencji prasowej w trakcie której nie przedstawiono żadnych konkretnych dowodów istnienia pociągu. Wkrótce potem z finansowania poszukiwań wycofała się większość sponsorów, a Złoty Pociąg zyskał miano miejskiej legendy, humbuga czy wręcz akcji marketingowej, mającej na celu promocję miasta Wałbrzych.

Jak było naprawdę? Cóż…  Jednego możemy być pewni na sto procent: dzięki tej sprawie, już nikt nigdy, na pewno nie będzie szukał złotego pociągu pod Wałbrzychem.

Dziennik Wojenny

Pamiętacie oficera SS Egona Ollenhauera, którego nazwisko sugerowałem zapamiętać kilka akapitów wyżej? Nasz znajomy nie rozpłynął się zupełnie w powietrzu. Nie był też wytworem wyobraźni Herberta Klose. No chyba, że – jak sugeruje część znawców – znów mamy do czynienia z kolejnym humbugiem.

W ubiegłym roku w cudowny sposób odnalazły się dzienniki Ollenhauera. Liczący sobie ponad 500 stron dokument zawierać ma dokładne lokalizacje miejsc ukrycia złota, kosztowności i dzieł sztuki, a skrytek z depozytami ma być łącznie 11 (brakło mu rozmachu Grundmanna, ale 11 też jest ok.).

Pikanterii dodaje fakt, że Ollenhauer miał podlegać Grundmannowi. A skoro mowa o zaledwie 11 depozytach, rodzi się pytanie: ilu jeszcze takich Ollenhauerów mogło być? Ile wojennych dzienników czeka na przekazanie w dobre ręce? Ile skarbów i dzieł sztuki leży w ziemi?

Dość precyzyjny jest także opis transportu, który liczył początkowo 56 skrzyń, jednak na skutek działania artylerii wroga, do skrytek trafiło ostatecznie 48. Transport ten zawierać miał m.in. 47 obrazów wielkich mistrzów malarstwa: Rembrandta, Rubensa, Caravaggia, Moneta, Botticellego i Cezanne’a.

W posiadaniu owego dziennika jest szef Polsko-NIemieckiej Fundacji Śląski Pomost, Dariusz Franz Dziewiatek, który otrzymał go 11 lat temu od niemieckiej organizacji chrześcijańskiej Quedlinburger. Eksperci odnosili się jednak do tematu z dużą dozą ostrożności i sceptycyzmu, i w zasadzie po pierwszym wybuchu sensacji zrobiło się podejrzanie cicho.

Jak widać, ośmieszenie Złotego Pociągu przyniosło oczekiwany skutek. Punkt dla Werwolfu.

Bursztynowa Komnata

Wielu szukało jej przez lata. Absolutnie bezcenna i bezprecedensowa rzecz… właściwie cały wystrój wnętrza, któy zamówił sobie w 1701 roku Fryderyk I Hohenzollern u mistrza bursztyniarskiego z Gdańska, Andreasa Schlütera. Całość stanowiła naprawdę imponujący widok: ściany pokoju o wymiarach 10,5 x 11,5 metra, pokryte precyzyjnie bursztynowymi mozaikami, płaskorzeźbami, herbami itp.

Skarby Dolnego Śląska
Zamek Książ na starej widokówce, fot. godlesso, flickr.com, CC BY 2.0

Komnata odwiedziła kilka pałaców, aż ostatecznie Niemcy skradli ją w 1941 r. z pałacu w Carskim Siole. Spakowana w kilkadziesiąt skrzyń (czyżby 56?) trafiła ostatecznie do Królewca, gdzie w 1944 roku została (oficjalnie) ponownie spakowana i ukryta w podziemiach. W 1945 roku Królewiec wraz z twierdzą został zdobyty przez Armię Czerwoną, ale – jeśli wierzyć sowietom – żadnej Bursztynowej Komnaty tam nie znaleźli. I właściwie w tym momencie można by uznać historię skarbu za zakończoną, gdyby nie jeden mały szczegół…

Otóż w zamku Książ, w pomieszczeniu o dokładnie takich samych wymiarach, jaki miała Bursztynowa Komnata (10,5×11,5), Niemcy skuli tynk, zerwali barokowe ozdoby i wyrzucili do śmietnika. Dlaczego? To bardzo dobre pytanie. Lecz niestety być może jedno z tych, które na zawsze pozostaną bez odpowiedzi. No, chyba że znajdą się środki na to, by dostać się do zasypanych części podziemi zamku w Książu. To chyba jedno z najczęściej typowanych obecnie miejsc, gdzie może znajdować się Bursztynowa Komnata. Tyle, że kto po Herbercie Klose i Złotym Pociągu zaryzykuje pieniądze i dobre imię, żeby po raz kolejny szukać zaginionych skarbów?

Bartek

Wielbiciel rodzinnych wędrówek po Sudetach, od Gór Opawskich po Izery.

Zobacz artykuły

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *